Atlas 72

Na dnie Afryki: Anou Boussouil



Po pokonaniu w Algierze licznych i nieprzewidzianych trudności formalnych związanych z zezwoleniem na eksplorację jaskini i okolicznego lapiazu (wydawało się, że pokonaliśmy je już w ambasadzie w Warszawie) - wyruszyliśmy w góry.

Awen Anou Boussouil znajduje się w Wielkiej Kabylii w masywie Djurdjury Atlasu Telskiego na wysokości 1704 m npm. Otwór zlokalizowany jest w płn ścianie szczytu Terga M'ta Roumi na dnie niecki o powierzchnio kilku km2, stwarzając tym duże niebezpieczeństwo dla eksplorujących podczas opadów deszczowych.

Jaskinia od dawna znana była Kabylom sezonowo wypasującym tu owce i kozy. Eksplorację Anou Boussouil rozpoczęli Francuzi w roku 1933, aby dopiero w 1947 roku, w szóstej wyprawie, przy udziale dużej liczby ludzi i sprzętu osiągnąć dno (syfon). Z następnych wypraw sukces powtórzono w 1970 r. Z dostępnych nam materiałów wynikało, że jaskinia jest szczególnie trudna i niebezpieczna na co składa się wiele studni (ok. 440 m studni przy głębokości jaskini 505 m) z przepływająca wodą i jeziorkami na dnie prawie każdej z nich oraz zagrożenie zalania lub odcięcia na skutek nagłych opadów.

Założeniem naszym była taka eksploracja, która do minimum zredukowałaby ryzyko. Działanie w trzyosobowych zespołach, oporęczowanie każdego progu, korzystanie z drabinek oraz ciągnięcie linii telefonicznej, w razie konieczności, umożliwiało szybkie opuszczenie awenu. Ze względu na ukształtowanie jaskini nie planowaliśmy biwaku pod ziemią.

18 sierpnia rozbijamy wygodny obóz ze stacją meteorologiczną w odległości 50 m od otworu. Następnego dnia pierwsza trójka: Rudzik, Trzeciakowski i Paluch wyrusza na rekonesans, znosząc do tej naturalnej chłodni cenne surowice na wypadek "kontaktów" z licznymi tu skorpionami i żmijami.

Zjazd w pierwszej 30 metrowej studni kończy się w jeziorku, które omijamy robiąc wahadło. Na jego dnie leżą rozkładające się ciała zwierząt. Okrutny fetor przynagla do opuszczenia tego miejsca. Spędzamy tu jednak wiele czasu na podwieszaniu przewodu telefonicznego. Gorzej, że wodę do picia trzeba będzie zabierać z powierzchni.

Posuwamy się w dół salą pełną olbrzymich głazów (Francuzi nazwali ją Chaosem) z zagłębieniami wypełnionymi wodą. Sala przechodzi w korytarz wodny z dużymi piaskowcowymi(?) otoczakami. Napotykamy liczne, od kilku do kilkunastometrowej wysokości prożki. Zejścia czy zjazdy kończą się w wodzie. Część prożków można ominąć trawersowanie lub wykonując wahadło, pozostałe jeden z nas pokonuje w kombinezonie typu "elka" przenosząc innych.

Jest bardzo ślisko. Wibramy butów nie "trzymają" się skały. Winna temu jest czerwona glinka przyniesiona przez wodę z powierzchni, pokrywająca dno i ściany a miejscami także strop korytarza. Dochodzimy do ciekawie wymytej sali o nazwie Turbina. Mocujemy liny zjazdowe do Sali Gotyckiej I i wycofujemy się.

20 sierpnia do jaskini wchodzi Partyka, Piotrowski i Zybura z zadaniem prowadzenia badań mikroklimatycznych, zbierania stosunkowo bogatej fauny oraz rozwiązania kilku problemów wspinaczkowych we wstępnych partiach i ewentualnie ich dalsza eksploracja.

Poszukiwania nowych ciągów nie przynoszą rezultatów, wobec czego przystępują do dalszego szturmowania jaskini. 20 metrowym wolnym zjazdem w strugach wody opuszczają się na dno Sali Gotyckiej I. Kilkumetrowy prożek. Korytarz z wodą. Zjazd do Sali Duchów z lądowaniem w wodzie. Stroma rynna prowadzi do niewinnie wyglądającej misy z wodą (liczne kąpiele) znajdującą się nad Salą Gotycką II. Końcowy efekt to zejście do -140 m, nie licząc informacji mikroklimatycznych (temp. powietrza 5.2°C, wody 5.0°C), zbiorów pokaźnej liczby owadów oraz popsutego altimetru.

Następnego dnia kolejna trójka: Bieganowski, Piesiewicz i Woźniak wchodzi do jaskini. W Sali Duchów, z nitów, zakładaj/ą zjazd do Sali Gotyckiej II. Wapień jest bardzo twardy - wbicie nitu trwa od 20 do 30 minut. W "polskim" wapieniu czynność ta wymaga około dwukrotnie krótszego czasu. Zjazd prowadzi do bardzo głębokiego jeziorka o średnicy 4-6 m.

Wygodny na jedną nogę stopień na wysokości lustra wody pozwala na nadmuchanie jednoosobowego pontonu. Natomiast w niewielkim stopniu jest pomocnym przy wsiadaniu i wysiadaniu - szczególnie z ciężkim worem na plecach - co kończy się nader często kąpielą. Jeziorko przechodzi w potok płynący 25 metrowym meandrem. Zapieraczką i trawersowaniem przechodzą do następnej 65 metrowej studni.

Ponownie brak naturalnych form skalnych na założenie ubezpieczeń. Brak też szczelin na haki. Wbijają nity. Studnia rozpoczyna się otworem szerokości człowieka i jest zakończenie korytarza z wodą. Przeciskanie się przez niego w kluczu zjazdowym jest równoznaczne z zamknięciem odpływu wody. Opuszczanie się w dół na podwójnej linie sizalowej rozpoczyna Piesiewicz. Po 30 m ląduje w wiszącym jeziorku pełnym wcześniej zrzuconej liny. Wahadłem robi trawers w lewo i kończy zjazd stromą śliską rynna nad jeziorkiem. Poniżej drugie jeziorko z możliwością obejścia po ścianie, a dalej po starej kładce drewnianej. Jezioro przechodzi bezpośrednio w 110 metrową studnię. Z głębokości -230 m następuje odwrót grupy.

Na prożku

Jest 22 sierpnia. Zmieniamy składy zespołów. Poparzenie wrzątkiem, wysięk w kolanie i choroba wyeliminowały trzech członków wyprawy z coraz trudniejszej akcji. Formujemy dwa zespoły trzyosobowe. Pierwszy, złożony z Piotrowskiego, Zybury i Palucha z zadaniem sforsowania 110-tki, jeziora oraz założenia ubezpieczeń na 90 metrowej studni, wyrusza do jaskini.

Powpinani do poręczówek wbijamy nity stojąc w wodzie na krawędzi jeziorka i studni 110 m. Worki ze sprzętem wiszą na nitach, do których przymocowany jest przewód telefoniczny. Zakładamy nylonowe liny i świecimy w dół. Zamiast około 60° pochylenia studni, jak wynikałoby z planu, stwierdzamy pion. Piotrowski zjeżdża w dół, aby przekonać się, że i dalsze partie studni przebieg mają również stromy. Po naradzie postanawiamy wyjść na powierzchnię.

Zdajemy sobie sprawę, że zbytnio zawierzyliśmy planowi. Zamierzaliśmy pokonać 110-tkę przy pomocy poręczy. Jednakże jest ona niemal pionowa o przebiegu ślimakowatym. Przekłamania wynikają z uproszczeń w przedstawianiu planów zrzutowanych. Decydujemy się na wymianę kilkunastometrowych odcinków drabinek w początkowych partiach jaskini na ławeczki, ewentualnie poręcze z pętlami. Wygospodarowane w ten sposób drabinki następna grupa zawiesi na 110-tce i ubezpieczy 90-tkę. Robimy dzień przerwy.

24 sierpnia Bieganowski, Partyka i Piesiewicz z drabinkami schodzą do 110 metrowej studni. Po drodze poprawiają przewód telefoniczny ulegający częstym uszkodzeniom. Grupa dotarła do jeziora kończącego 110-tkę (jak później okazało się studnia ta ma 120 m), ale z powodu kilku kąpieli wywołanych wywrotnych pontonami zmuszona została do powrotu na bazę. Wcześniej Rudzik i Woźniak, na pozbawionych drabinek progach, zawieszają dodatkowe ubezpieczenia.

Sytuacja zmusza nas do zmiany pierwotnych założeń. Jaskinia okazuje się o wiele trudniejsza niż się spodziewaliśmy. Dużo wody przy braku wodoszczelnych kombinezonów często jest przyczyną małej efektywności zespołów. Brak drabinek (wykorzystaliśmy 200 m) wydłuża czas akcji a warunki wodne zmuszają nas do utrzymywania krótkich wypadów tak, aby zespoły w razie zagrożenia zachowały sprawność w szybkim opuszczeniu, jeśli nie jaskini, to przynajmniej jej najniebezpieczniejszych partii.

Decydujemy się na biwak w jaskini. Jedynym miejscem gdzie można go założyć to meander na głębokości -160 m. Zdolnych do dalszej pozostało nadal sześciu. Będziemy działać dwoma trójosobowymi zespołami. Na okres trzech dni przerywamy eksplorację. W tym czasie odwiedza nas konsul polskiej placówki. 28 sierpnia (dzień wyznaczony na ostateczny atak) opuszczają nas, koczujący w pobliżu, Kabyle ze swoimi stadami. Zauważamy kwitnące zimowity - są to oznaki zbliżania się pory deszczowej.

Do jaskini wchodzi Paluch, Piotrowski i Zybura. Zdejmujemy z I-szej studni (Francuzi stosowali tu wyciągarkę) oraz z 65-tki drabinki, które zostaną zawieszone w studni 110-cio i 90-cio metrowej. Z pozostałych będziemy wychodzić korzystając z pętli Prusika. Podczas kiedy "rozdzielamy" 110-tkę na dwie części, aby szybciej i pewniej można było się poruszać oraz transportujemy sprzęt przez jeziorko, grupa losowo wyeliminowanych z ataku (Rudzik, Trzeciakowski i Woźniak) znosi na miejsce biwaku zapasy jedzenia i baterii.

Po 27 godzinnej akcji zmoknięci wracamy na miejsce planowanego biwaku. Korzystając z niewielkiej półeczki i belki, którą za pomocą nita wbitego w strop podwieszamy liną, uzyskujemy miejsce na spanie. Dołem płynie potok. Na krótko zatrzymuje się przy nas Bieganowski, Partyka i Piesiewicz tworzący II-gi zespół szturmowy. Ich zadaniem jest oporęczowanie 90-tki i jeśli będą sprzyjające warunki - dojście do syfonu. Robimy jedzenie i kładziemy się spać na kołyszącym posłaniu z telefonem przy głowie.

Na biwak powraca kompletnie przemoczona grupa II. Minęło 21 godzin akcji. Oporęczowali 90-tkę nie zjeżdżając do jej dna. Mieli trudności z sizalowymi linami - pomimo tremowania ich w kraju - oraz z kablem telefonicznym, który już od 240 metrów przebiega tylko na nitach. Narasta zwątpienie w sukces wyprawy. Mobilizujemy się i ruszamy w dół.

Idzie nam sprawnie i ważne, że bez kąpieli. Poprawiamy oporęczowanie na 90-tce przepinając dolny odcinek na konia skalnego, którym płynie mniej wody. Dzięki temu lądujemy na dnie pokrytym grubym żwirem a nie w wodzie. Po drodze kilka mis z wodą i około 20 metrowy zjazd. Wahadłem omijamy spore jezioro i lądujemy w sali z bardzo świeżym dużym obrywem. Pięknie czerwono żyłowany wapień tworzy mocny akcent w ciemno-brunatnym wystroju jaskini. Pokonujemy partie wodne z licznymi jeziorkami i stajemy przed nową studnią. Jest to Sala z Nawisem. Wyszukujemy miejsca na nity i brodząc po kostki w wodzie wiercimy otwory. Pocieszamy się, że im głębiej tym miększy wapień. Ostatni zjazd. Jeszcze jeziorko z możliwym obejściem po prawej stronie, lecz nie ryzykując kąpieli nadmuchujemy ponton i przepływamy. Przed nami duży, nietypowy syfon. Jest 21.57 30 sierpnia. Na wysokości 2 m wbijamy nit z przymocowanym woreczkiem plastykowym z nazwiskami, nazwą klubu oraz proporczykami Polski i ZSP.

Później poszukiwania obejścia syfonu i żmudny, w strugach wody, powrót na biwak. Wychodzimy głównie przy użyciu pętli zaciskających, gdyż drabinki wiszą tylko na pionowych fragmentach 90-tki i 120-tki, na których woda szczególnie utrudniała poruszanie się. Jesteśmy na biwaku. Akcja trwała 30 godzin. Również II-gi zespół w składzie Bieganowski, Partyka i Piesiewicz dochodzi do syfonu 31 sierpnia o godzinie 23.

Podczas gdy I-sza grupa pokonywała najniższe partie jaskini w drodze do syfonu, w bazie przeżywano dramat. Na powierzchni rozpętała się burza z wyładowaniami. Do tych na górze należała decyzja czy akcja będzie kontynuowana. Decyzja była trudna - ważyły się być może losy zespołów i sukces wyprawy. My pod ziemią o tym nic nie wiedzieliśmy. Burza szczęśliwie przetoczyła się poniżej bazy.

W kilka dni później ostatnie wejście do jaskini. Schodzimy na poziom biwaku w celu zabrania resztek sprzętu, oczyszczenia jaskini i uzupełnienia dokumentacji. 30 minut wcale nie ulewnego deszczu uwięził na wiele godzin Piesiewicza, Piotrowskiego, Trzeciakowskiego, Zyburę i Palucha we wstępnych partiach jaskini. Odcięcie od powierzchni było całkowite, ponieważ woda zerwała przewód telefoniczny.


Ryszard Paluch, zdjęcia: uczestnicy wyprawy

W wyprawie wzięli udział:


Zapiski z podróży wrocławskich speleologów (1) Macieja Partyki.

Zapiski z podróży wrocławskich speleologów (2) Macieja Partyki.

Zapiski z podróży wrocławskich speleologów (3) Macieja Partyki.

*** Ryszarda Palucha.

Anou Boussouil - 1972 Ryszarda Zybury.

Eskulap spod znaku białego nietoperza Kazimierza Woźniaka.

*** Kazimierza Woźniaka.

*** Ryszarda Palucha.

*** Andrzeja Piesiewicza.

Sirocco nad Tizi Boussouil Marka Trzeciakowskiego.

*** Ryszarda Palucha.

Zapis rozmów telefonicznych z jaskinią prowadzonych na wyprawie.